Archiwa kategorii ‘film’

47 Roninów

 

Ostatnio mało pisałem, a więcej gadałem. Dobrze by było również rozbudzić umysł z rana poprzez sklecenie paru mniej lub bardziej sensownych zdanek. Zróbmy sobie więc drobną przerwę pomiędzy kolejnymi video i opisami pochodzącymi ze świata gierek.
Na tapetę przez ulotne 5 min. wrzucę „47 Roninów”, którzy dzielnie i niestrudzenie brną do celu skazanego bezspornie na śmierć w świecie XVIII-wiecznej Japonii. Czyli w sumie właśnie śmierci. Ponoć film oparty jest na faktach, które Carl Eric Rinch postanowił przedstawić w porywający, naszpikowany efektami sposób. Chyba się nie udało… Już dawno, dawno temu oglądałem pierwsze szałowe zwiastuny tej produkcji. Muszę przyznać (o ile mnie pamięć nie myli), że były mocno zachęcające z jakiegoś dziwnego powodu (którym był dla mnie pewnie Keanu Reeves w połączeniu ze scenami walk w fantastycznym świecie Japonii). Być może po prostu trailery odgrzebywały w myślach pamięć o Macierzy, a filmy z akcją osadzoną w kraju kwitnącej wiśni można było zliczyć na palcach jednej ręki. Jak to jednak nie rzadko bywa, film musiał odczekać swoje zanim wylądował na wyświetlaczu mojego skromnego urządzenia. No i cóż, został więc wreszcie obejrzany. I prawie już zapomniany.

Szału nie ma, jak to się mówi. Byłem pełen nadziei i oczekiwań (może przez to właśnie oceniam go słabo). Miałem wrażenie, że przez te 2 godziny zostanę wciągnięty w porywającą historię, przynajmniej kilka emocjonujących zwrotów akcji, jakąś łamigłówkę odnoszącą się do realiów świata, czy przyczyn i skutków poczynań bohaterów. Liczyłem też na pieczołowite odwzorowanie zwyczajów i kultury wschodu w czymś więcej niż seppuku, stroje, czy oddawanie sobie wzajemnych honorów poprzez bezwzględne posłuszeństwo i niekończące się ukłony. Miały być też fajne efekty. Guzik za to dali (ale z pętelką). No, może przesadzam jak zawsze. Jednak całość jakoś emanowała wrażeniem braku spójności i głębi, żeby nie powiedzieć – była przeciętna. Ot, główny bohater (chyba ;)) Kai, dziecko odnalezione gdzieś w na skraju lasu, cudem ocalone przed śmiercią dzięki przeczuciu Lorda Ashano dorasta w domu swego nowego pana. Kai jest niby tajemniczym mieszańcem (a to dyshonor wielki), który uniknął śmierci w jeszcze bardziej tajemniczym, pełnym magii, złowrogim lesie (więc dysponuje zapewne jakimiś tajemniczymi zdolnościami). Po tym wszystkim, oraz tym na co wskazywał zwiastun – oczekiwałem jakichś niesamowitych zdolności i wpływów Kaia na otaczający go świat. Chłopak, a po latach mężczyzna jest jednak nikim (z punktu widzenia fajerwerów jakie zachęcały do oglądania filmu). Raz: ze względu na panujące obyczaje (jest w końcu sierotą – mieszańcem), dwa: bo nic specjalnego nie czyni. No, może dostrzega pewne drobiazgi i miewa pewne przeczucia, ale moja babcia nie ustępowała by mu w tym. Trzy: Kai próbuje zasłużyć sobie na miano szlachetnego i skromnego sługi, pomagając samurajom w ich problemach.. albo po prostu jest szlachetny, tudzież ma w tyłku gierki śmiesznych ludzi i od czasu do czasu ratuje komuś z nich skórę nie zbierając za to zasług. Trudno powiedzieć właśnie co i jak, bo Keanu prezentuje w filmie pakiet aż dwóch (nie wiem czy nie przesadziłem) min i jednego nastroju. Nie ważne czy chodzi o przyjaźń, miłość, walkę czy smutek. No dobra, ktoś mógłby powiedzieć, że to w końcu świat samurajów, wszyscy muszą na każdym kroku powściągać emocje, być twardzi i nieugięci. Hmm… to chyba kiepska wymówka ; )

Rozpisałem się na temat Kaia, a to „zaledwie ułamek” w morzu bohaterów i wydarzeń w filmie… jednak całą resztę jestem w stanie podsumować prawdopodobnie w krótszy sposób niż głównego bohatera i raczej nie uchybię w niczym: Zły Lord Kira (klan przeciwników Lorda Ashano) jest wyzuty ze zła i charakteru, jako bohater – ot, taki pionek pretendujący do miana mrocznego lorda. Nie wiem czy to zamierzony efekt w kontekście jego (znowu „mrocznej”) prawej ręki, która trudno powiedzieć czy pomaga swemu panu z oddaniem, czy próbuje go „wykolegować” i tak naprawdę nim manipuluje. Prawa ręka Lorda Kiry – tajemnicze stworzenie, którego właściwej postaci wam nie zaprezentuję by nie spoilować ;), w ludzkiej skórze – czarownica potrafiąca robić różne ciekawe sztuczki, morfować i czarować. Jest niestety dość nieudolna w tych swoich magicznościach i nie wzbudza wcale strachu. Aż dziw bierze, bo jak ja bym potrafił robić takie rzeczy… ;D. Babka ma zresztą również niezbyt ciekawą prezencję, jak w przypadku jej pana. Dalej – Lord Ashano, gość posiadający władzę na terenie swojej prowincji, aczkolwiek sprawiający wrażenie bezwolnego (miał wyjść chyba na kogoś związanego swoim stanowiskiem i obyczajami). Wielki Shogun, nie znający litości (no, może troszeczkę) ze śmieszną czapeczką (pewnie wynikającą z kulturowych powinności – czyli jednak jest coś o zwyczajach). Spoko, tylko ta czapeczka nasuwająca na myśl w połączeniu z jego obliczem – broilera błagającego o pozwolenie na zagdakanie. No i na koniec (jeśli kogoś jeszcze pominąłem, to niczego nie pominąłem… a.. jest jeszcze taka jedna, prawie główna bohaterka, ale nie ważne ; )): Oishi, Samuraj-Ronin-Samuraj, który jako bohater jest w tym wszystkim najbardziej barwną i prawdopodobnie postacią i prawdopodobnie najbardziej przejętym swoją rolą w filmie  aktorem. Fabuła – bez rewelacji, ogólnie rozchodzi się o honor, oddanie i przyjaźń (jest też miłość). Niestety jednak się tego nie czuje. Aha… są też efekty specjalne… te są akurat niezłe. I tyle ! 😉

Hobbit III, Czyli tam, z powrotem i to na tyle.

I oto nadszedł czas na trzecią odsłonę Mocy obrączek. Jako, że trafiło się tak, że oglądałem film w kinie niecałą godzinę temu, opowiem wam historyjkę, naszprycowaną jeszcze pierwszym wrażeniem…

Trzy Pierścienie dla królów elfów pod otwartym niebem…

Przyznać trzeba jedno: W trzeciej odsłonie Władcy Pierścieni w reżyserii Petera Jacksona moc tętni już od pierwszych scen, a sfx w ogólnym rozrachunku nie tylko cieszą oko, ale i grzeją trzewia. Ot, ktoś mógłby powiedzieć, że leci sobie smok, ot za chwilę płonie osada Esgaroth na Jeziorze Anduiny, tuż pod Górą Królów… ale Smaug, to smok, który w przeciwieństwie do wielu innych filmów, wreszcie działa sprawnie i bez przydługich przypowiastek. Smaug, jak na smoka przystało prezentuje pas kunsztownych płomieni przecinających całą osadę już po pierwszym przelocie. Gad nie tylko świetnie się porusza, jego konstytucja i rys pyska mówi o wszystkim, czym szanujący się smok być powinien. To demoniczny, nieprzewidywalny wąż, który przelewa tlącą się w nim ciekawość w nieugaszoną rządzę, a przebiegłość i inteligencja służą mu do zapewnienia chwilowej rozrywki, stanowiącej krótkie preludium do rozkoszy jakie niesie ze sobą spopielenie żałosnych istot, czyli zasadniczo wszystkich, którzy śmią raczyć jego ego choćby krótkim zdaniem przywitania.

Siedem dla władców krasnali w ich kamiennych pałacach…

Smok jednak ginie szybko. Bo oto jeden z wielu bohaterów opowieści wykorzystuje w dość niekonwencjonalny sposób swoje umiejętności, a gdy te, od czasu do czasu zawodzą o 1 cm, jego ramie prowadzi nieustannie czuwające w pobliżu szczęście (tudzież opatrzność ?). Tak to się zaczyna, potem jest już tylko wznioślej i dynamiczniej. No Spoiling, ale to film o bitwie, a zrobić dobrą, trwającą ponad dwie godziny bitwę nie jest łatwo.

Dziewięć dla śmiertelników, ludzi śmierci podległych… 

Moc bijąca z ruchów, zadawanych ciosów, wypowiadanych zaklęć i nuconych pieśni aż kipi w tej produkcji. Sceny batalistyczne, momentami doprawiane udanym humorem prezentują niezwykle zabójczą precyzję, skuteczność i nadludzkie umiejętności ich uczestników. Patetyczne momenty, sporo monumentalnych architektonicznych smaczków i niesamowity ambient wnętrza góry świetnie się przeplatają z dźwięcznym dialektem elfickich rozmów, warkliwym harkotem plemiennego języka posłańców Mordoru, kąsania wargów, czy krótkich scen przedstawiających naprawdę psychopatyczne mordy orczego pomiotu.

Jeden dla Władcy Ciemności na czarnym tronie

W Krainie Mordor, gdzie zaległy cienie…

Co ciekawe, w pewnym momencie dzieje się coś dziwnego. Nie wiem, czy wynika to z przeładowania dynamizmem, zluzowania twórców filmu (jako, że zachwycili się scenami naprawdę kopiącymi, które udało im się wykrzesać wcześniej ?), wypranych już nieco na przestrzeni lat kinematografii kawałków, czy czegoś tam innego (np. mojego samopoczucia, którego homeostazę psycho-fizyczną zakłóciła wcześniej zjedzona przeze mnie sałatka, czy coś tam…), ale… to pierwszy film jaki obejrzałem, w którym pojawiają się „dynamiczne dłużyzny” Trudno to opisać inaczej. Jednak to nie razi, jeśli by odpowiednio się nastawić. Czasem też wydawało mi się, że pewne sceny reżyserował pan X, a inne pani Y, chodź wszystkie łączyła ciągłość czasu, miejsca i akcji. Trafiło się też kilka niespójności, ze 4 nielogiczności i parę braków konsekwencji, aleeee… to jednak nic, bo to tylko kilka / kilkanaście minut drobiazgów w kilkudziesięciu minutach wypasu na stole suto zastawionym dźwiękiem, obrazem i treścią.






Jeden, by wszystkimi rządzić…

Hobbit, to post-prequelowa produkcja, która wyciągnęła według mnie wnioski ze swojego merytorycznie sequelowego następcy. Wycięto masę rozsmarowanych plastycznie dłużyzn charakterystycznych dla zekranizowanego Władcy Pierścieni (ale co mu mieć za złe, skoro sam Tolkien się w nich lubował), podpakowano efekty, dodano kilka smaczków niekoniecznie zauważalnych w książce i ogólnie napakowano w to wszystko dynamizmu (no, może poza drugą częścią Hobbita, którą uważam za najmniej udaną). Efekt końcowy jest ciekawy. Powalający i jednocześnie momentami… „ot, taki tam”, lub czasem wręcz „ta scena mogła by się już skończyć”. Te drugie, chodź nie jest ich wiele (ale gdyby się przyczepić….), wpływają na cały odbiór… ale może tylko w moim przypadku ? Cóż tam, marudzić można, ale przyznać trzeba – na film każdy powinien się wybrać, bez względu czy lubi ten klimat czy nie. Warto, bo to jest film, który opowiada ciekawą historyjkę i mówi jednocześnie coś o sposobie patrzenia na fikcję autorów czasów, w jakich żyjemy, bo pamiętać trzeba, że film tej skali to nie tylko reżyser…

Jeden, by wszystkie odnaleźć,

Jeden, by wszystkie zgromadzić i w ciemności związać

W Krainie Mordor, gdzie zaległy cienie.


 

Maze Runner

CKM, czyli Całkiem Klasyczne Mulenie typu „wypełniacz” 😉

Naszła mnie krótka refleksja, a że jestem jeszcze na fali pisania, to i polecę wam tutaj tytuł „Maze Runner„. Niezła pozycja na jeden z tych mniej zajętych wieczorów. Przy okazji mam dobry pretekst na „skok w bok” od tematu przewodniego bloga, czyli zamoczenie najmniejszego palca lewej ręki w obszar peplaniny o filmach jakich to ja ostatnio nie oglądałem ; )

Film wart obejrzenia. Łatwy do oglądania, chodź ciężki w tematyce (na szczęście stworzonej dzięki wybujałej fantazji), stosujący klasyczne schematy wciągania widza w fabułę poprzez odkrywanie kolejnych fragmentów układanki (i na szczęście nie pozostawiający jej nierozwiązanej*, jak ma to w zwyczaju sporo produkcji tego typu) . Można powiedzieć, że zawiera w sobie po prostu przygodę i akcję osadzoną w realiach sci-fi, ale dla chętnych, którzy zechcą wytężyć odrobinę mózgownicę (najlepiej własną) znajdzie się też parę kwestii, nad którymi warto by się było zastanowić. Mnie skłonił do kilku jakże filozoficznych ucieczek w chmury i jednej fizjologicznej podróży do toalety**. Bardziej serio rzecz traktując, przeszły mi przez myśl pytania w stylu: Kim jestem i dokąd zmierzam ? Czy miejsce, w którym się znajduję jest na pewno właściwe ? Dlaczego akurat ja i czy to na pewno ja ? I czemu oni w ogóle mi to robią, czyżby naoglądali się wszystkich części Cube’a ? ;P… Najważniejsze jednak w tym wszystkim jest to, że nie jest istotne to kim byliśmy, lub skąd przychodzimy, ale kim jesteśmy i dokąd się udamy… dzięki własnym decyzjom. Całe szczęście, że bodziec do działania jaki otrzymali w prezencie bohaterowie filmu, pozostaje jedynie w wyobraźni twórców i zakresie zmagań postaci mierzących się z Labiryntem… Abstrahując już na koniec od tych górnolotności natomiast, fajna akcja i całkiem udany … nowy gatunek trudności jakim muszą sprostać bohaterowie (spoilować przecież nie będę konkretami).

*no, może trochę nieodkrytej tajemnicy twórcy jednak nam pozostawiają, ale inaczej nie było by pola do popisu w sequelu.

** chodź to ostatnie było bardziej zasługą nadmiarów herbaty (i na szczęście miałem wszystko całkowicie pod kontrolą, a przynajmniej do ostatnich metrów…).

Powrót do góry

INFORMACJA

 
60 | 0,455