Silent Hill

Jesienno-zimowe późne
popołudnie. Dzień kończy się nader szybko. Za oknem ciężkie chmury mkną bezgłośnie, jakby tuż za nimi coś się kryło w mroku. Bezlistne drzewa rzucają chaotycznie tańczące cienie.. powykręcane.. zesztywniałe.. – machina ruszyła. W taki wieczór większość ludzi zasiada przed TV, żeby obejrzeć osiemsetny odcinek ulubionego serialu, można też się wybrać na pasjonujący spacer, znów wyskoczyć na miasto, czy odpłynąć w odprężającej kąpieli z książką. Ja w taki dzień chowam pilota do zmywarki, buty do ‘pawlacza’, książkę zostawiam w łazience i z dzikim uśmiechem zatapiam się w przeszłości..
Najchętniej wracam do pierwszych części Silent Hill’a, co prawda PS jest już poza moim zasięgiem, jednak z powodzeniem można je odpalić podrzędnych PC’tach. Pogoń za horrorem zaczęłam właśnie od tego tytułu i choć przyznam że nie jest to jedyna pozycja na mojej marmurowej półce, nie znalazła się jeszcze taka, co przebiłaby jej klimat. Technika poszła do przodu z taką pompą, że wśród graczy mało kto tak naprawdę zachwyca się jeszcze klasykami, i choć SH to wielki tytuł, niewiele nowicjuszy z fascynacją przejdzie grę do końca (a wszyscy wiemy że nie jest ono jedno ;)). Zapewne jest to też wina internetu, ale o tym później.
Silent Hill jest (w moim przypadku) pierwszą grą, która wyzwoliła tak specyficzny rodzaj lęku, że nawet dziś, jak ją odpalam ‘to coś’ z echem powraca. Sam start rozpędza niekończące się koło niepokoju. Zostajemy wrzuceni w sam środek zamglonej nicości i co byśmy nie chcieli osiągnąć, musimy się w niej bez reszty zanurzyć, by w jakikolwiek sposób koszmar się zakończył. Może dziś grafika nie powala, ale specyfika gry buduje ten rodzaj napięcia, do którego nie da się przywyknąć. Psychodeliczna muzyka nie pozwala zwolnić tętna, ‘rzuty kamer’, na które nie mamy najmniejszego wpływu potrafią wcisnąć w fotel.. i niejednemu na dźwięk radia pocą się ręce ;).
Fenomenem SH są też jej kontynuacje. ‘Dwójka’ sporo różni się od ‘Jedynki’. Nowa dawka emocji w innych kolorach. Ciągły niepokój częściowo zastępuje ciekawość a chęć ucieczki zmienia się w chęć działania dla rozwiązania sprawy. Nie zostajemy jednak w sielance. Są wyspy spokoju które odkrywamy, ale ‘nicość ’ wciąga nas bez ostrzeżenia w swoje odmęty. Wiele osób twierdzi, że to najgorsza część – „bez polotu”. Może i faktycznie jest mniej obłożona wszechobecnym rozkładem i spustoszeniem, za to można wyostrzyć oko na nowe formy odrażających postaci. Sam Piramidogłowy (wobec którego jesteśmy całkowicie bezbronni) nie raz wywołuje niekontrolowany skurcz w piersi 😉 I genialna ścieżka dźwiękowa robi swoje – bardziej melancholijna, ale wciąż psychodelik doskonale podtrzymuje klimat. Dla zrozumienia sensu SH ta część wiele wnosi. Po napisach końcowych gracz siedzi i pyta: ale co się właściwie stało”, jakie to ma znaczenie?, jaki związek?
Po wyciągnięciu własnych wniosków siadamy do ‘Trójki’ i toniemy z miejsca, zanim jeszcze nasze oczy przywykną do ciemności. Znów jesteśmy we wszechogarniającym nas horrorze, gdzie nieustanny lęk przerywany jest spazmami strachu i paniki. Czysty obłęd.. I tak można by się zagłębiać bez końca (a co najmniej do świtu 😉 ) Samej fabuły czy historii nie tykam – chcę dać szansę ludziom którzy jeszcze się nie oczytali, bo to jest kolejny element doskonałości tamtych czasów (co śmiesznie brzmi, przecież było to zaledwie wczoraj?). Odkrywanie gry to nie tylko jej przejście (A-B) w grywalny sposób. Wtedy nie było (powszechnie?) solucji, poradników, wszędobylskich kodów, forów, pytań, odpowiedzi… dzisiejszego internetu? Trzeba było każdy przedmiot znaleźć, dotknąć, sprawdzić, niekiedy nawet zapisać! Ach, pamiętam jak w Alone In the Dark 4 tłumaczyłam całe dzienniki (!), żeby dokładnie poznać historię Mortonów. Tak, tak.. pierwsze dzieła w tej dziedzinie nie znały polskiego 😉 Odkrycie od zera czym jest Silent Hill było więc nie lada wyzwaniem, szkoda że te czasy już minęły… na szczęście nie dla mnie… 😉

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

autor: ekutu